Dzisiaj miałam zupełnie inne plany.
Miałam pojechać do koleżanki i po prostu miło spędzić z nią czas. Usiąść przy kawie i kawałku ciasta, porozmawiać o wszystkim i o niczym. Przy okazji miałam pomóc jej uporządkować dokumenty. To trochę jak z osobami, które spotykają się, żeby razem szydełkować – ręce są czymś zajęte, a rozmowa płynie sama. Takie spotkania bardzo lubię. Mogę się wygadać, pośmiać i na chwilę zapomnieć o codziennych sprawach. Czasem mam wrażenie, że taka rozmowa działa lepiej niż niejedna terapia.
Tym razem jednak nic z tego nie wyszło. Koleżanka miała tylu klientów, że nasze spotkanie musiałyśmy przełożyć.
Pomyślałam więc, że wykorzystam ten dzień na załatwienie kilku prywatnych spraw. Była poczta, sprawy związane z mamą, zakupy… Niby nic wielkiego, ale zanim się obejrzałam, zrobiło się późne popołudnie.
Między tym wszystkim znalazłam chwilę dla siebie. Usiadłam z notatkami, zaczęłam przeglądać receptury, zastanawiać się nad nowymi kompozycjami zapachowymi i doborem knotów.
Udało mi się też przygotować ogród w szkle dla siebie. Podczas zakupów trafiłam na piękny kwiatek w świetnej cenie i od razu wiedziałam, że będzie idealnie pasował do pewnego szklanego naczynia, które od lat stało u mnie na półce. To coś pomiędzy karafką a dzbankiem – zbyt mały otwór, żeby wygodnie z niego korzystać, więc przez kilkanaście lat tylko zmieniało miejsce. Raz stało z tyłu półki, innym razem w kącie, ale nigdy nie miało swojego przeznaczenia. Dzisiaj w końcu je znalazło. Zamieniło się w ogród w szkle i chyba pierwszy raz pomyślałam, że właśnie do tego było stworzone.
Kiedy przygotowywałam ten ogród w szkle, wróciły do mnie wspomnienia z dzieciństwa.
To właśnie babcia nauczyła mnie miłości do roślin. Pokazywała mi, jak je pielęgnować, przesadzać i rozmnażać, tłumacząc, że każda z nich ma swoje potrzeby. Do dziś pamiętam, jak uczyła mnie dbać o tulipany. Wyjaśniała, że ich cebulki warto co roku wykopać i przesadzić, bo z czasem schodzą coraz głębiej w ziemię. Wtedy roślina słabnie i może przestać kwitnąć. Takich lekcji było znacznie więcej. To z nią spędzałam długie godziny w ogrodzie, ucząc się cierpliwości i uważności.
Ale babcia nie zaraziła mnie tylko miłością do roślin. To ona nauczyła mnie również szydełkować, szyć, przyszywać guziki i wyszywać. Próbowała nawet nauczyć mnie robić na drutach, choć do dziś nie mogę powiedzieć, że tę sztukę opanowałam.
Najbardziej jednak pamiętam nasze wspólne wieczory. Babcia mieszkała wtedy w starej kamienicy, w której stał piękny piec kaflowy. Uwielbiałyśmy usiąść do niego plecami, oprzeć się o ciepłe kafle i razem wyszywać. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się i po prostu cieszyłyśmy swoją obecnością. Dzisiaj dochodzę do wniosku, że to właśnie te zwyczajne chwile są jednymi z najpiękniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa.
Dopiero po latach zrozumiałam, że wszystkie te chwile miały ze sobą coś wspólnego. Uczyły mnie cierpliwości, dokładności i radości z tworzenia. To właśnie wtedy, zupełnie nieświadomie, narodziła się moja miłość do rękodzieła i natury.
Wieczorem usiadłam jeszcze nad swoimi notatkami. Były kolejne pomysły, receptury, dobór knotów i plany na następne projekty.
Kiedy spojrzałam na zegarek, pomyślałam:
„Cały dzień byłam czymś zajęta, a miałam wrażenie, że nic nie zrobiłam.”
I dokładnie tak się czułam.
Dopiero kiedy zaczęłam układać ten dzień w głowie, uświadomiłam sobie, ile drobnych rzeczy udało mi się zrobić. Nie było jednego wielkiego sukcesu ani spektakularnego efektu. Były załatwione sprawy, nowe pomysły i ogród w szkle, który w końcu znalazł swoje miejsce.
Chyba właśnie z takich zwyczajnych dni składa się życie.